Orfeusz — mityczny śpiewak z Tracji, syn królewski, który pieśnią potrafił poruszyć kamienie i zwierzęta — w interpretacji Teatru Kreatury staje się figurą artysty zagubionego w świecie pełnym sprzeczności. Jego głos, choć piękny, nie ocala Eurydyki, nie zatrzymuje śmierci, nie zmienia losu. Pozostaje jedynie świadectwem — krzykiem, modlitwą, błazeństwem.

Monodram „Apologia Orfeusza” według Leszka Kołakowskiego to filozoficzna medytacja nad kondycją człowieka, który poprzez sztukę próbuje nadać sens cierpieniu i przemijaniu. Orfeusz staje się tu symbolem twórcy — samotnego, niepokornego, rozdartego między świętością a śmiesznością, między nadzieją a rozpaczą.

Spektakl prowokuje do refleksji: czy sztuka może ocalić? Czy śpiew ma moc przekraczania granic śmierci? Czy błazen — ten, który mówi prawdę w masce śmiechu — nie jest najbliżej istoty ludzkiej wolności?

To teatr, który nie daje odpowiedzi, lecz stawia pytania. Teatr, który nie boi się milczenia, pustki, ciemności. Teatr, który — jak Orfeusz — śpiewa, choć wie, że nie wróci z zaświatów z tym, co najdroższe.